Nokaut poprzez „jeb z czachy”

To miał być obfity w zdarzenia poniedziałek. Bartek szedł do szkoły, ja zaczynałem plan treningowy. Temat szkoły, mimo że bardzo emocjonujący opuszczę, gdyż ten blog ma być w miarę tematyczny więc własnych przeżyć ze szkoły podstawowe opisywać nie będę.

Chciałem nawiązać do tematu tego wpisu. Nie wiem skąd biorą mi się pomysły na tak dziwaczne temaciki ale lubię to 🙂 Otóż zgodnie z rozpisanym planem wieczorem poszedłem na wybieg (taki prawie jak dla modeli i modelek, choć „prawie” robi dużą różnicę). Na dzień dobry zawiodła mnie pogoda. Tylko wychyliłem głowę z klatki i przestało padać. Całe nastawienie na bieg w deszczu poszło w chooooo 😉 Mówi się trudno i biega się dalej. Najpierw wolne kółko po Rumi – 6km z HR poniżej 140. Rozruch bardzo sympatyczny, bez zmęczenia. Tak obliczyłem kółko żeby przed 6km wpaść na MOSiR w Rumi. Dobiegłem w okolicach piątego „kaema”. Bardzo fajnie gdyż mogłem sobie spokojnie dobiegać 2-3 kółka żeby zrobić zaplanowaną szóstkę i tutaj zaczęły się jaja… albo skończyły.

Lejące się z nieba krople utworzyły w ciągu dnia cudowne oczka wodne wzdłuż żwirowej bieżni, które to wraz z wszechogarniającą, równo przystrzyżoną trawką murawy stadionu tworzyły cudowny widok. Mniej poetycko mówiąc, w wielu miejscach trzeba było dygać wzdłuż zewnętrznego chodnika lub wewnątrz po mokrej murawie, by nie przejść z biegu do żabki (kałuże były zbyt płytkie na kraula 😉 ). Było szarawo, oświetlenie jakieś takie słabe, ja miałem czapeczke na głowie ale oczywiście kontrolowałem co znajduje się przede mną… no może czasami byłem lekko rozkojarzony. I nagle, omijając kałużę po stronie zewnętrznej, okazało się że na wysokości czoła znajdował się daszek ochraniający zawodników z ławki rezerwowej przed deszczem. Jak żem nie jebł. Nogi pobiegły dalej ale głowa została w miejscu odchylając się nagle do tyłu i naciągając mięśnie w szyi. Siad płaski w moim wykonaniu było szybszy niż ping Neostrady jeszcze kilka lat temu. Tak to jest jak nogi nie zgrają się z głową. Pupa od razu siedzi na chodniku. W ciągu kilkunastu sekund się otrząsłem i kontynuowałem bieg. Nie ma lekko 😉

Dalej, po rozciąganku były przyspieszenia. Robiłem je na murawie boiska – w tą i z powrotem. Bardzo sympatycznie. Trochę zmoczyłem buty ale było tak milusio i mięćciuso (OMG!), że nie mogłem tego zrobić inaczej. Na koniec rozbiegałem sobie 2 km znowu z HR poniżej 140 i dobiegłem do domku. Krew nie spływała mi na oczy, mam tylko mega guza i trochę przecięte czoło. Wstrząśnienia chyba nie ma (do sprawdzenia), bo ani przytomności nie straciłem, ani nie było wymiotów. Chociaż dzisiaj zaobserwowałem lekko obniżone tętno i ból głowy utrzymujący się od rana. Trzeba będzie to sprawdzić.

Tak, to był obfity w zdarzenia poniedziałek.

Reklamy

Nieprzygotowanie do zajęć. Siadaj, dwója.

Dzisiaj nieco żartobliwie, choć sprawa jest istotna. Zgodnie z planem w ostatni czwartek przystąpiłem do testu, który miał wyznaczyć progi treningowe. Miałem być wypoczęty i świeży. Dzień wcześniej dostałem nowego asystenta treningowego na nadgarstek 😉 więc chciałem go wypróbować. Nie chcąc się męczyć wybrałem 7-kilometrową trasę po Rumi. Jednakże fale mózgowe produkowane przeze mnie są lekko skrzywione i poszarpane wiec pobiegłem prawie maxa. Prawdę mówiąc nie myślałem, że będzie miało to jakiś wpływ na badanie. Siódemkę pobiegłem z Vavg=5,14 min/km. Biegło mi się super, średnie tętno wyszło 163 bpm, a na następny dzień rano czułem się znowu świeżutki.

Wieczorem odbył się test. Pogoda dopisywała. Na MOSiRze było bezwietrznie, temperatura, brak opadów, wszystko super. Już po pierwszych kółkach okazało się, że nogi pamiętają jeszcze „siódemkę” odbytą 24h wcześniej. Stąd „dwója”, która pojawiła się w temacie i odpowiada zakwaszeniu organizmu już na pierwszych kółkach. Pierwsze okrążenia szły z tempem 6:00 min/km i zakwaszenie wychodziło powyżej 2 mmol/l (HR w okolicach 145 bpm). Próg 4 mmol/l przekroczyłem przy kółkach 5:20 min/km (HR z ostatnich 400 km=165 bpm). Po wszystkim wciąż czułem się dobrze, choć po ostatnich kółkach poniżej 5:00 km/min oczywiście byłem zasapany.

Już na następny dzień dostałem od Piotra elegancką informację, co, jak, dlaczego, itp. Bardzo ładnie to wygląda. Nie będę zdradzał wszystkiego. Na razie bieganie na treningach będzie wolne. Przy okazji trzeba będzie pozbyć się trochę balastu. Na chwilę obecną 92 kg i BMI=26.

To tyle słowem wstępu. Teraz czas przystąpić do działania. Po weekendzie czuję się jak lekko obity jakby kijem bejsbolowym 😉 Dzisiaj zrealizuje pierwszy lekki trening więc zmęczenie weekendowe odejdzie w niepamięć 😉 Prognoza pogody mówi, że cały dzień ma padać lub ewentualnie… mocniej padać. Git! Porzucamy bieżnię 🙂

0_0_0_997408001_middle

Trening rozpoczyna się od… trenera.

Tak jak pisałem w poprzednim wpisie, wrzesień ma być miesiącem zmian. Żeby nie było stagnacji tylko urozmaicenie oraz aby pod wprawnym okiem zmaksymalizować efekty treningów zwróciłem swoje oczy w poszukiwaniu kogoś kto mógłby mi pomóc. Nie dalej jak kilka tygodni temu trafiłem na blog run-passion.pl. Zacząłem czytać o startach autora, osiągnięciach, treningach. Fajny sposób pisania sprzyjał pochłanianiu tekstu. W międzyczasie odbył się Herbalife Triathlon Gdynia, w którym to autor owego bloga brał udział. Gdy przejeżdżał wzdłuż Skweru Kościuszki, rozpoczynając swoje drugie kółko na rowerku, komentator zwrócił szczególną uwagę na tego zawodnika. Mówił, że Piotr Suchenia jest znany w trójmiejskim światku biegaczy. Absurdalny dla mnie wynik jaki osiągnął Piotrek w tych zawodach przemilczę, bo nie chcę się w żadnym wypadku porównywać 😉 Chętni znajdą te informacje na jego blogu. Pomysł uzyskania pomocy z treningiem zderzył się z natrafieniem na osobę Piotra w internecie. Nie pozostało nic innego jak wejść w kontakt (ale nie taki w ścianie) i porozmawiać na tematy biegowe. Okazuje się, że to bardzo sympatyczna postać i postanowiłem zaufać Piotrowi. Wszak marzenia, do których nawiązuje domena bloga są dość nierealne więc potrzebuje kogoś kto pokaże mi mapę i ścieżkę, którą mam iść, by do nich dojść.

Wczoraj wieczorem nastąpiło spotkanie twarzą w twarz. Szczęście takie, że nie musiałem stoczyć z Piotrkiem pojedynku biegowego, bo to nie miałoby sensu. Krótko pogadaliśmy i przystąpiliśmy do działania. Nie będę rozpisywał się wielce na temat samego testu. Napiszę na razie tylko tyle, że robiłem po 3 okrążenia wokół boiska MOSiRu w Rumi, minuta przerwy potrzebna na wzięcie kropli krwi z palucha, złapanie oddechu i kolejne 3 okrążenia. Pierwsze 3 kółka celowane były w tempo 6:00 min/km, kolejne w 5:40, dalej 5:20 i jeszcze 5:00 oraz 4:40. Trudno było mi złapać tempo na 5:00 i 4:40, bo takich prędkości zwyczajnie nie znam 😉 Piątka wyszła całkiem równo ale 4:40 trochę szarpałem tempo i średnie wyszło w okolicach 4:30. Ja piercmokam ale ja jestem szybki! hrhrhrhr

Test z Piotrem czasy okrazen(Okrążenia nr 4, 7, 10 oraz 13 były rozbiegowe. Wliczał się w nie czas odpoczynku między seriami, stąd tak wysokie czasy tempa)

Na „do widzenia” nastąpiła dłuższa pogawędka merytoryczna typu „100 pytań do” i rozeszliśmy tudzież rozbiegliśmy się do domów. Bardzo ciekaw jestem co z tego wszystkiego wyniknie. Startuje od września tylko… nie do końca tak jak powinienem. Dzisiaj zaczyna się 3 dniowe tourneè po Sopocie, które pewnie rozłoży mnie na łopatki (a przynajmniej taki jest plan 😛 ). Cóż, kawalerskie bardzo dobrego kumpla nie może przejść w życiu obojętnie. Musi zostawić jakiś ślad na psychice 😉

W tym tygodniu zrobiłem tylko 2 biegi. W poniedziałek była siłownia i wskoczyłem testowo na rowerek. Później jakoś zajęcia rodzinne nie pozwalały na treningi. Zrobiłem tylko szybkie kółko 7 km ze średnią nieco ponad 5:00 w środę (dla mnie to był właściwie max. Dawno tak nie biegałem) no i wczoraj ten test z Piotrkiem. Teraz przerwa, reset. W poniedziałek rozpoczęcie roku z Bartkiem, huh. I nie ma opjer… jakkolwiek ostro będzie na kawalerskim. Jedziemy od początku września! Do celu… a o celach napiszę niedługo 🙂

Zaczynam… się ruszać

Ten wpis będzie dosyć pokręcony. Tak naprawdę to już tytuł jest błędny, bo wcale nie zaczynam swojej aktywności ruchowej. Ta trwa wiele lat z mniejszymi lub większymi nawarstwieniami. Dokładnie od roku siłuję się ze sztangielkami czy ciężarem własnego ciała w Tiger Gym w Rumi. Tutaj jednak będę pisał o czymś innym, czymś szybszym.

Biegać zacząłem rok temu. Cholera, poprzednie zdanie właściwie też jest nieprawdziwe, bo nie można powiedzieć „zacząłem biegać” skoro przez cały poprzedni rok miałem może z 10 rozbiegów po rumskich chodnikach. 10-minutowych rozgrzewek po bieżni na siłowni nie liczę – nie róbmy sobie jaj z biegania 😉 Chciałbym powiedzieć, że zacząłem wreszcie regularne biegi wraz ze startem roku 2013. Wiecie, postanowienia noworoczne i tego typu bzdety. Owszem, zarówno w godzinach względne rannych Nowego Roku byłem biegać (taki ze mnie krejzol, a co!) jak i pod koniec stycznia byłem biegać ale o regularności żadnej nie było mowy. Bieg pod koniec stycznia był dla sprawdzenia siebie na dystansie 10 km. Nigdy wcześniej takiego dystansu nie przebiegłem, a w styczniu zapisałem się na urodzinowy bieg Gdyni (09.02.2013) i chciałem sprawdzić czy nie zostawię nóg gdzieś na Świętojańskiej. Dałem radę. Ba! Dałem radę również w Biegu Urodzinowym odnotowując czas 58:55, z którego to byłem niezmiernie zadowolony.

Czy tak błyskotliwy początek kariery i niesamowity sukces związany z dosapaniem się do linii mety obudziły we mnie ambicję do treningów? Tak, trenowałem przecież już od kilku miesięcy… ale nie bieganie. Będąc dumnym posiadaczem rocznego karnetu na siłownię stwierdziłem, że ni chu nie zrezygnuję z fabryki karków, bo za nią zapłaciłem. Chciałem jakoś pogodzić treningi siłowe z bieganiem. Udało się to właściwie od razu jak za jednym ruchem czarodziejskiej różdżki. Otóż nie zmieniło się nic, tj. rozgrzewka na bieżni i trening siłowy 🙂 Czasami zdarzało się, że olewałem rzucanie żelazem i wsiadałem na godzinę na kręcący się taśmociąg. Tzn. nie że na niego siadałem. Stawałem na nim, ruszałem kończynami i tak lewa, prawa, lewa, prawa, lewa,… wiadomix.

Nadszedł maj. Miesiąc, w którym od samego początku byłem nastawiony na zmiany. Czy zacząłem biegać tak jak miałem? Nie 🙂 Razem z instruktorem Marcinem (któremu z tego miejsca bardzo chciałem podziękować za pomoc, pokazanie możliwości TRX’a, ustawienie diety i treningu) stworzyliśmy na moje potrzeby trening, który składał się z treningu ogólnego wszystkich partii na pasach TRX oraz biegu na bieżni. I tak to zacząłem regularne ruszanko, 2-3 razy na tydzień, po treningu siłowym wskakiwałem na bieżnię i machałem 30, 60, a czasami 90 minut. Z dietą bywało różnie, starałem się jednak trzymać ją jak najbardziej umiałem (na tyle na ile pozwalała mi moja silna wola).

Efektem majowo-czerwcowo-lipcowych zmagań była utrata wagi z 97 kg (na początku maja) do 92 kg (w lipcu). Odbył się w międzyczasie również Bieg Europejski (11.05.2013), na którym zanotowałem czas 55:11 oraz Nocny Bieg Świętojański (21.06.2013) gdzie na mecie pojawiłem się po 53:17 (wszystkie czasy netto) z ogromną zadyszką i brakiem chęci na cokolwiek. Kolejne tygodnie upływały bez zmian. Najgorsze okazało się to, że nie nastąpiła dalsza zmiana w wadze, choć zdaję sobie sprawę, że powrót do litrów kakao może być powodem małego niepowodzenia 😉 Cieszę się jednak, że ograniczyłem słodycze – mały sukces. Do tego warto odnotować dłuższe wybiegi po Rumi. Wreszcie wylazłem na dwór i zacząłem ruszać się po świeżym powietrzu. Te dłuższe wybiegi miały pewien cel, o którym prawie zapomniałbym napisać. Startowałem w półmaratonie. Jak sobie przypomnę sam bieg to rozumiem dlaczego chcę o tym zapomnieć 😉 Jednak gdy spojrzę na zdjęcie z linii mety i poczuję to same emocje, chcę jeszcze raz, tylko szybciej. Całe wydarzenie miało miejsce 27 lipca 2013 roku w Pucku. Temperatura była bardzo fajna, bo wysoka. Bardzo fajna dla plażowiczów, nie biegaczy. Czas 2:14:14 to nie to czego się spodziewałem ale powiedziałem sobie, że to pierwszy start w połówce i że miałem nie nastawiać się na wynik tylko metę. Zatem wynik został zapisany, a ja skoncentrowałem się na tym co dalej. I to by było na tyle z lipca.

Jakby ktoś nie zdawał sobie sprawy to kończy się sierpień. Zaraz nasze dzieci (a przynajmniej jedno z mojego mieszkania) idzie do szkoły. Będzie dużo emocji i trudności. Fajnie. Dla mnie wrzesień będzie podobny jak maj. Chce zmian, obciążenia, potu, zmęczenia i wyników. I tu pojawia się owy blog, który jest jednym z kolejnych moich mobilizatorów do treningu. Ma być też miejscem uwolnienia mojego narcystycznego ducha, wskazówką dla innych zaczynających przygodę z bieganiem oraz zachętą dla nieruszających się aby zaczęli zmieniać swoje życie poprzez aktywność ruchową. Oczywiście tylko wtedy gdy tego naprawdę chcą ale brakuje im bodźca, np. delikatnego kopa w d, o! Nie ma litości, mówię wam 😉

To miał być krótki wpis powitalny. Zwykłe „Cześć, jestem Marcin”. Wyszło trochę dłużej i zacząłem zdawać sobie sprawę, że chciałbym jeszcze popisać. Zrobię to ale już nie teraz. W jednym z kolejnych wpisów napiszę jaka jest w ogóle idea tego bloga oraz coś o moich celach. A te są konkretnie po*e*ane.

Ahoy!