Jak zostać kozakiem? Cz. 1

Żyjemy sobie na tym pięknym świecie. Codziennie mijamy wiele osób i zdarzeń. Nie interesujemy się wszystkim naokoło, bo nigdzie byśmy się nie ruszyli. Staramy się iść w jakimś obranym kierunku. Gdy powstają przeszkody, testujemy swoje skupienie i koncentracje na celu. Czasami zwątpimy, czasami zawrócimy z drogi, czasami tylko nieco zboczymy. Ważne by wierzyć w powodzenie celu.

Dzisiaj krótki wpis z filmikiem. Sprawa bardzo świeża, sprzed zaledwie paru dni. Pokazuje prawdziwego kozaka (a właściwie kozaczkę 😉 ), która poświęciła wiele by móc sięgnąć po swój cel. Lata treningów. Na swej drodze złamała wiele barier jak chociażby własne, wielokrotne niepowodzenia. Jakże prawdziwe jest powiedzenie, że „Nikt nie doceni twoich wysiłków na treningu. Dopiero efekty zostaną zauważone.”.

Coming out – CEL, PAL!

Gdy dzisiaj rano zapinałem pasek od spodni wydało mi się, że zaciągam go jakoś daleko. Oczywiście to subiektywne odczucie ale gdy stanąłem na wadze okazało się, że znowu gdzieś uciekł mi jeden kilogram. Zrzucenie kolejnych to jeden z moich celów więc niezmiernie się ucieszyłem.

Na początku maja bieżącego roku waga pokazywała 97 kg. Trochę przybyło mi po ćwiczeniach na siłowni. Pierwszym etapem miało być zjechanie w okolice 88-89 kg. Walka trwa. Dzisiaj na liczniku było już 91. Po osiągnięciu wartości poniżej magicznej dziewięćdziesiątki oczywiście nie spocznę w wycince. Dopóki nie będę wyglądał jak suchar podzielony przez 2 😉 będę próbował coś uszczknąć. Wszystko dla dobra moich stawów i czasów 😉 Z drugiej jednak strony nie chcę wyglądać jak przepiór, więc mięcho  musi zostać gdyby przyszedł czas na ustawkę pod stadionem 😉

Celów startowych jest bardzo wiele, począwszy od dystansów, a kończąc na osiąganiu konkretnych czasów. Nie przewiduje żadnych startów w „ultra” 🙂 W tym roku do zrobienia zostało tylko pobicie 50 minut na dyszkę. Próba odbędzie się 11.11. Chyba, że zepsuję sobie niespodziankę na listopad i strzelę rekordzik za półtora tygodnia w Gdańsku. Wątpie jednak aby to nastąpiło. Jak to się mówi, jestem za cienki w uszach… lub za gruby w pasie.

Nie będę rozpisywał dokładnie planów na kolejne lata. W głowie mam jednak poukładane: co, kiedy i jak, przez następne 4 lata. Generalnie chodzi o to by zrobić IM (prawdopodobnie Frankfurt, bo najbliżej) w 2016 roku 🙂 Ambitnie ale mamy dużo czasu. W tym roku zaczynam naukę pływania także tego… 😉 😉 😉 😉 😉

Koniec klepania w klawisze. Czas na kąpiel po treningu. Dzisiaj spokojna, wolna ósemka.

motywator_5202e0d7d16269.58425598

Nokaut poprzez „jeb z czachy”

To miał być obfity w zdarzenia poniedziałek. Bartek szedł do szkoły, ja zaczynałem plan treningowy. Temat szkoły, mimo że bardzo emocjonujący opuszczę, gdyż ten blog ma być w miarę tematyczny więc własnych przeżyć ze szkoły podstawowe opisywać nie będę.

Chciałem nawiązać do tematu tego wpisu. Nie wiem skąd biorą mi się pomysły na tak dziwaczne temaciki ale lubię to 🙂 Otóż zgodnie z rozpisanym planem wieczorem poszedłem na wybieg (taki prawie jak dla modeli i modelek, choć „prawie” robi dużą różnicę). Na dzień dobry zawiodła mnie pogoda. Tylko wychyliłem głowę z klatki i przestało padać. Całe nastawienie na bieg w deszczu poszło w chooooo 😉 Mówi się trudno i biega się dalej. Najpierw wolne kółko po Rumi – 6km z HR poniżej 140. Rozruch bardzo sympatyczny, bez zmęczenia. Tak obliczyłem kółko żeby przed 6km wpaść na MOSiR w Rumi. Dobiegłem w okolicach piątego „kaema”. Bardzo fajnie gdyż mogłem sobie spokojnie dobiegać 2-3 kółka żeby zrobić zaplanowaną szóstkę i tutaj zaczęły się jaja… albo skończyły.

Lejące się z nieba krople utworzyły w ciągu dnia cudowne oczka wodne wzdłuż żwirowej bieżni, które to wraz z wszechogarniającą, równo przystrzyżoną trawką murawy stadionu tworzyły cudowny widok. Mniej poetycko mówiąc, w wielu miejscach trzeba było dygać wzdłuż zewnętrznego chodnika lub wewnątrz po mokrej murawie, by nie przejść z biegu do żabki (kałuże były zbyt płytkie na kraula 😉 ). Było szarawo, oświetlenie jakieś takie słabe, ja miałem czapeczke na głowie ale oczywiście kontrolowałem co znajduje się przede mną… no może czasami byłem lekko rozkojarzony. I nagle, omijając kałużę po stronie zewnętrznej, okazało się że na wysokości czoła znajdował się daszek ochraniający zawodników z ławki rezerwowej przed deszczem. Jak żem nie jebł. Nogi pobiegły dalej ale głowa została w miejscu odchylając się nagle do tyłu i naciągając mięśnie w szyi. Siad płaski w moim wykonaniu było szybszy niż ping Neostrady jeszcze kilka lat temu. Tak to jest jak nogi nie zgrają się z głową. Pupa od razu siedzi na chodniku. W ciągu kilkunastu sekund się otrząsłem i kontynuowałem bieg. Nie ma lekko 😉

Dalej, po rozciąganku były przyspieszenia. Robiłem je na murawie boiska – w tą i z powrotem. Bardzo sympatycznie. Trochę zmoczyłem buty ale było tak milusio i mięćciuso (OMG!), że nie mogłem tego zrobić inaczej. Na koniec rozbiegałem sobie 2 km znowu z HR poniżej 140 i dobiegłem do domku. Krew nie spływała mi na oczy, mam tylko mega guza i trochę przecięte czoło. Wstrząśnienia chyba nie ma (do sprawdzenia), bo ani przytomności nie straciłem, ani nie było wymiotów. Chociaż dzisiaj zaobserwowałem lekko obniżone tętno i ból głowy utrzymujący się od rana. Trzeba będzie to sprawdzić.

Tak, to był obfity w zdarzenia poniedziałek.

Nieprzygotowanie do zajęć. Siadaj, dwója.

Dzisiaj nieco żartobliwie, choć sprawa jest istotna. Zgodnie z planem w ostatni czwartek przystąpiłem do testu, który miał wyznaczyć progi treningowe. Miałem być wypoczęty i świeży. Dzień wcześniej dostałem nowego asystenta treningowego na nadgarstek 😉 więc chciałem go wypróbować. Nie chcąc się męczyć wybrałem 7-kilometrową trasę po Rumi. Jednakże fale mózgowe produkowane przeze mnie są lekko skrzywione i poszarpane wiec pobiegłem prawie maxa. Prawdę mówiąc nie myślałem, że będzie miało to jakiś wpływ na badanie. Siódemkę pobiegłem z Vavg=5,14 min/km. Biegło mi się super, średnie tętno wyszło 163 bpm, a na następny dzień rano czułem się znowu świeżutki.

Wieczorem odbył się test. Pogoda dopisywała. Na MOSiRze było bezwietrznie, temperatura, brak opadów, wszystko super. Już po pierwszych kółkach okazało się, że nogi pamiętają jeszcze „siódemkę” odbytą 24h wcześniej. Stąd „dwója”, która pojawiła się w temacie i odpowiada zakwaszeniu organizmu już na pierwszych kółkach. Pierwsze okrążenia szły z tempem 6:00 min/km i zakwaszenie wychodziło powyżej 2 mmol/l (HR w okolicach 145 bpm). Próg 4 mmol/l przekroczyłem przy kółkach 5:20 min/km (HR z ostatnich 400 km=165 bpm). Po wszystkim wciąż czułem się dobrze, choć po ostatnich kółkach poniżej 5:00 km/min oczywiście byłem zasapany.

Już na następny dzień dostałem od Piotra elegancką informację, co, jak, dlaczego, itp. Bardzo ładnie to wygląda. Nie będę zdradzał wszystkiego. Na razie bieganie na treningach będzie wolne. Przy okazji trzeba będzie pozbyć się trochę balastu. Na chwilę obecną 92 kg i BMI=26.

To tyle słowem wstępu. Teraz czas przystąpić do działania. Po weekendzie czuję się jak lekko obity jakby kijem bejsbolowym 😉 Dzisiaj zrealizuje pierwszy lekki trening więc zmęczenie weekendowe odejdzie w niepamięć 😉 Prognoza pogody mówi, że cały dzień ma padać lub ewentualnie… mocniej padać. Git! Porzucamy bieżnię 🙂

0_0_0_997408001_middle